Tak dawno mnie tu nie było, że aż głupio. Minęły prawie dwa miesiące...
Minęły w zasadzie bez robótek. Bark okazał się złamany, dość długo nie nadawał się do ruszania. Ledwo odzyskałam w nim jaką taką mobilność, wysiadło mi oko. I to porządnie wysiadło. Nie wiem, czy to taki wiek już nadszedł, że po kolei różne elementy szwankują??? Ja nie chcę!
Dlatego też z rzadka zaglądałam na blogi, bo i na pół ślepa byłam, i szlag mnie trafiał, ze nic nie robię... Zaczynam właśnie nadrabiać ten stracony czas. Po blogach powolutku wędruję, równie wolno coś tam dziergam. Wykończyłam czerwoną czapeczkę

i zabrałam się za kolejną ananasową tunikę. Haruni leży. Nie tylko straciłam do niej serce, ale też jeszcze niespecjalnie wychodzi mi machanie drutami - lewy bark szybko mi się męczy i jeszcze boli. Ale szydełkiem śmigam :) Muszę jednak doprowadzić się do pionu, kupiłam bowiem kolejną włóczkę - przepiękną, len z wiskozą - i już mi w głowie siedzi szal...
A propos szali - to nie wiem, co zrobić z tymi, które udziergałam do tej pory. Nie wiem, czy jest sens wystawiać je na Allegro, a do Dzianej Mafii to ja jednak za słaba jestem...
Jeszcze chciałam z całego serca podziękować - komu? No właśnie, komu? Mam imię i nazwisko, ale nie będę upubliczniać tych danych na blogu. Mętnie zaczęłam, już wyjaśniam. Otóż od Oli dostałam przecudny naszyjnik frywolitkowy, po prostu uroczy. I pamiętam, że zaglądałam do Oli dawno, dawno temu, jednak adres Jej bloga mi się stracił i stąd zamieszanie. W każdym razie patrzcie, jakie to śliczne:

Dziękuję!